Trzy mity o amerykańskich wyborach

Zapisz się na iTunesZa dwa tygodnie wybory prezydenckie w USA. Są to wybory bezpośrednie, jest dwóch kandydatów, wygrywa osoba, na którą zagłosuje więcej obywateli – tak? No właśnie całkowicie, absolutnie i naprawdę nie. Wyjątkowo nienaukowo-techniczny, 40. odcinek Świata w trzy minuty, o amerykańskiej ordynacji wyborczej.


Usłyszałem ostatnio w radiu, że na Hillary Clinton chce zagłosować 45% wyborców, na Donalda Trumpa – 38. Mniejsza o to, że te dane są już nieaktualne, ważniejszy jest fakt, że podawanie poparcia w skali całych USA nie ma żadnego sensu. Dlaczego? Ano dlatego, że wbrew temu, co widzimy w polskich mediach, amerykańscy wyborcy nie wybierają prezydenta w jednym, ogromnym okręgu wyborczym. Co więcej, nie wybierają prezydenta w ogóle. I, co więcej, ktoś z większą liczbą głosów poparcia może przegrać – i nie zostać prezydentem. Dlaczego?

Zacznijmy od pierwszego mitu, bo jest najprostszy do obalenia. To nieprawda, że w wyborach prezydenckich startuje dwoje kandydatów. Czy też troje, jeśli uważniej przysłuchuje się polskim serwisom informacyjnym. Bo kandydatów jest, w zależności od sposobu liczenia – ośmioro, jeśli liczymy tylko mających teoretyczne szanse wygranej, lub ponad 20, jeśli liczymy wszystkich, których nazwiska pojawią się gdziekolwiek na kartach do głosowania. Częstym zarzutem pod adresem procesu wyborczego jest niezwracanie uwagi przez media na kandydatów spoza dwóch głównych partii, przez co ich szanse na wygraną spadają z iluzorycznych do zera.

Mit drugi – czy wygrywa osoba zdobywająca więcej głosów poparcia? I tak, i nie. Bo rzeczywiście, prezydentem zostaje osoba, która otrzyma więcej głosów – ale nie głosów zwykłych obywateli, lecz głosów elektorskich. Przykładowo, w wywołujących olbrzymie kontrowersje wyborach 2000. roku, Al Gore otrzymał ponad 48% głosów, George W. Bush – poniżej 48%. Jednak to George Bush został prezydentem, bo zebrał 5 głosów elektorskich więcej od Ala Gore’a. I to nie była jedyna sytuacja, gdy to nie obywatele decydowali bezpośrednio o zwycięzcy.

I tu płynnie przechodzimy do mitu trzeciego. Czy Amerykanie wybierają prezydenta? Odpowiedź nie jest jednoznaczna. Tak – i nie. Na kartach do głosowania rzeczywiście są nazwiska kandydatów na stanowisko prezydenta. Ale w niektórych stanach są też dodatkowe nazwiska – tzw elektorów. Niezależnie od tego, czy takie nazwiska pojawiają się, czy też nie, w praktyce wyborcy głosują nie na prezydenta, a na członków Kolegium Elektorów.

Jeszcze przed wyborami, główne partie – Republikanie i Demokraci – wybierają swoich kandydatów na członków Kolegium Elektorów. Z wyjątkiem paru stanów, obowiązuje zwycięzca zgarnia wszystko – czyli jeśli większość obywateli stanu zagłosuje na Demokratę, do Kolegium Elektorów trafią osoby wybrane przez Partię Demokratyczną. Jeśli ponad połowa obywateli stanu zagłosuje na Republikanina – partia republikańska wyśle swoich ludzi jako jedynych reprezentantów danego stanu. Nawet jeśli jeden kandydat dostanie pół promila głosów więcej niż drugi, będzie to traktowane tak, jakby wszyscy w danym stanie zagłosowali tylko na niego.

Następnie swoje głosy oddaje 538 elektorów. Jeśli któryś z kandydatów na prezydenta dostanie co najmniej 270 głosów, otrzymuje najwyższe stanowisko w państwie. Nawet, jeśli – jak George W. Bush – przegrał wybory powszechne.

Upraszczając, podczas wyborów obywatele USA nie głosują na prezydenta, lecz sugerują swojemu stanowi, jak powinien wykorzystać przyznane mu głosy elektorskie.

No i ostatni, malutki mit. Wybory w listopadzie? Owszem, w pierwszy wtorek po pierwszym listopadowym poniedziałku. ALE sporo osób oddało głos już dziś, dzięki wyborom korespondencyjnym. Więc generalnie listopad – tak? No i znów pudło. Wybory odbędą się w pierwszy poniedziałek po drugiej środzie grudnia, kiedy swoje głosy będą oddawać członkowie Kolegium Elektorów.

Czy to ważne, skoro są zobligowani do głosowania na zwycięzcę wyborów w swoich stanach? Owszem – bo prawo prawem, ale w praktyce kilkadziesiąt razy zdarzyło się, że pojedynczy Elektorzy głosowali na inną osobę. A przy rosnącej polaryzacji społeczeństwa na dwa, mniej więcej równe liczebnie obozy, każdy głos elektorski może zaważyć na ostatecznym wyniku.

Źródła: